Dziś w numerze:
Pierwszy sygnał — muzyka jako pamięć
LOT 77 — Rozdział 1: Krzyżówka (narodziny)

Pismo humorystyczno-magiczne dla ludzi i istot ciekawych świata
Numer trzeci22 czerwca 2026Cena: 2 szelągi

Wiadomości z Paryża

O muzyce, która pamięta za nas — oraz dalsze losy Filipa

Słowo od redakcji

Pierwszy sygnał

To moje pismo — pierwsze, które buduję od zera i po swojemu. Powstało po latach szukania: po toksycznych miejscach, obietnicach bez pokrycia i ciszy zamiast odpowiedzi.

Drugi powód jest prostszy: złość na to, jak dziś podaje się informację. Karmią nas strachem, przemocą i aferą za aferą. Wejdź na WP, Onet czy naTemat — żeby dojść do treści, musisz przebrnąć przez ścianę banerów, autoplayów i wyskakujących okienek, a na końcu i tak nie wiesz nic albo ktoś leczy na Tobie własne kompleksy. Tutaj nie ma ani jednej banerówki; reklama, jeśli wejdzie, wejdzie w innym formacie — nie jako mur, przez który trzeba się przekopać do tekstu.

Patrzę na to, co dziś uchodzi za media — Stanowski, Wojewódzki, Żurnalista — i zwykle widzę to samo: hipokryzję, układy i kupę kasy. Albo fałsz na sprzedaż, albo chorągiewki, które obracają się tam, gdzie akurat wieje.

Do tego zalew podcastów i pseudocelebrytów, od którego robi się duszno. Patologię sadza się na kanapie w telewizjach śniadaniowych i podaje jako „kontrowersję". Wzorców brak — bo niby jakie? Skoro na tym wszystkim da się zbudować markę, to ja tym bardziej. Z dwiema różnicami: nie boję się prawdy i nie zależy mi na kasie.

Zależy mi na jakości i na miejscu, które będzie czyimś azylem — i które omija social media. Tu jest sedno. Na Facebooku i Instagramie zostawiam tylko zapowiedzi i piękne, artystyczne okładki; to są drzwi, nie mieszkanie. Stamtąd kieruję ruch tutaj, na własne www, gdzie nie rządzi już żaden algorytm decydujący, co zobaczysz. Antena, nie kolejny strumień. Człowiek, który przeczytał i wybrał.

Mój pierwszy sygnał w życiu był dźwiękiem — i odtąd szukam czystego sygnału w szumie. Skąd się wziął, opowiada Lot 77; ten numer jest właśnie o tym.

Co dalej? Nie wiem do końca i nie chcę wiedzieć za bardzo. Pismo, które zna każdy swój następny ruch, jest już martwe — robi content, nie numer. Póki co wychodzi co tydzień i ten rytm jest w porządku; a jak zabraknie mu co powiedzieć — zamilknie, nie zacznie udawać. Będzie ręczne. I będzie się mylić po ludzku, zamiast generować bezbłędnie.

Mam na to jedno zdanie — to samo, które wisi nad moim art issue S77:

Wieszam, co mnie zachwyca. Reszta niech wisi gdzie indziej.

PS Podobno „—” to dziś pierwszy dowód, że „pisał bot”. Otóż nie — to pauza, em-dash, myślnik pełny, a w dawnej polszczyźnie i tradycyjnej typografii używano go szerzej niż dziś: otwierał kwestie w dialogach, oddzielał wtrącenia, zapowiadał nagły zwrot akcji i znaczył tę przerwę w zdaniu, którą robi emocja, nie brak słów. Używam go świadomie, z tej tradycji. A i tak mam swojego asystenta — pilnuje literówek i strony technicznej. — Widzicie? Tu też pasował.

Spark · słowo od redakcji
✦ Iskra

Dorzuć do pieca

Wspaniałości to antena, nie automat — nikt tu nie liczy kliknięć, ktoś tu czyta i wybiera. A antena chodzi na prąd, czyli na Twoją życzliwość. Jak Cię tu nastroiło, dorzuć szeląga do pieca (klik w „Cena: 2 szelągi" na górze). Niech gra dalej. 🔥

— Spark · słowo na rozpałkę
❧ Poradnik babci Aliny

Dziurawiec, świętojańska krew

Babcia Alina radzi krótko, bo dziurawiec sam się nie zbierze.

— Babciu, na co ten dziurawiec spod świętego Jana? Na wszystko, dziecko, na co nie ma tabletki. Zbiera się go koło świętego Jana, bo wtedy ma najwięcej słońca w środku. Rozetrzyj kwiatek w palcach, a puści czerwony sok, jakby krwawił — stąd „świętojańska krew". Babcia robi z niego oliwę na ramię i nalewkę na jesienny humor.

Tyle babcia. A prawda? Dziurawiec naprawdę działa na łagodną chandrę — jedno z niewielu ziół, które nauka klepie po ramieniu. Ale gryzie się z lekami i ze słońcem, więc lepiej dopytać kogoś w fartuchu, nie tylko babcię. Choć babcia obraziłaby się za to ostatnie zdanie.

zielnik · tips & tricks
Recenzja

Muzyka, którą się ma jak światło

Są płyty, które się słucha, i takie, które się ma w pokoju jak światło. „Music for Airports" należy do tych drugich. Brian Eno wymyślił ją w 1978 roku na lotnisku w Kolonii — czekał na samolot, słuchał, jak głośniki sączą muzyczną papkę mającą wszystkich uspokoić, i pomyślał, że skoro już ma się umierać ze strachu przed lataniem, to przynajmniej przy czymś pięknym. Tak narodził się ambient: muzyka równie łatwa do zignorowania, co do wsłuchania się.

Brzmi jak przepis na nudę. Jest odwrotnie. Cztery utwory, pętle fortepianu i głosów, które nigdy nie wpadają w ten sam układ dwa razy — Eno tak je rozsunął, że wracają do punktu wyjścia dopiero po kilkudziesięciu minutach. Słuchasz i nie wiesz już, czy to muzyka uspokaja ciebie, czy ty ją.

Dlaczego teraz? Bo to płyta-antyalgorytm. Nie żebrze o uwagę co dziewięć sekund, nie podbija refrenu, nie sprzedaje. Po prostu jest — a ty przy niej jesteś bardziej. W numerze o pierwszym sygnale brzmi jak instrukcja obsługi ciszy.

Brian Eno · „Ambient 1: Music for Airports" (1978) · recenzja
Pocztówka z Polski

Roztoka Ryterska, dolina, której nie wyprostowano

Jest taka wieś w Beskidzie Sądeckim, nad Popradem, parę dolin od miejsca, w którym zaczyna się Lot 77. Bez rynku, bez pomnika, bez kolejki po pamiątkę. Za to z ruiną zamku na górze, doliną pełną salamander i ciszą, której nie kupisz w żadnym sklepie. Roztoka Ryterska — pocztówka, która nie pozuje.

Gdzie to jest. Beskid Sądecki, kilka zakrętów od Rytra, w dolinie Popradu — tam gdzie Wielka i Mała Roztoka schodzą się do rzeki. Stąd blisko na Radziejową, najwyższy szczyt pasma, i jeszcze bliżej do nieba, bo wieczorem gwiazd tu więcej niż latarni.

Dolina, której nie wyprostowano. Dolina Roztoki to ostatnia w Beskidzie Sądeckim, której nie zabrała regulacja rzeki. Zostały podmokłe łąki i moczary, a w nich kilkanaście gatunków płazów — traszki, salamandry, żaby. Brzmi jak zaległość urzędu. Jest jak cud: kawałek świata, który przeoczono i dzięki temu ocalał.

Zamek nad drogą. Nad doliną sterczą ruiny średniowiecznego zamku w Rytrze — kiedyś strażnica i komora celna na szlaku handlowym znad Popradu. Z góry zamkowej widać całą dolinę naraz; dawniej pobierano tu myto, dziś płaci się tylko zadyszką pod górę.

Dziwy techniki. Jest tu i ślad pomysłowości: na Połomi stanęła elektrownia wodno-wiatrowa z trójramiennym wiatrakiem, zbudowana z inicjatywy księdza Franciszka Klaga. A przy leśniczówce z 1934 roku — smażalnia pstrąga. Górski internet, własny prąd i ryba z patelni: wieś, która radzi sobie sama.

Rada od redakcji: przyjedź nie po atrakcję, tylko po ciszę. O świcie, gdy mgła wstaje znad Popradu, Roztoka robi się tym, czym jest naprawdę — miejscem, w którym pierwszy sygnał dnia to nie powiadomienie, tylko ptak.

Roztoka Ryterska · gmina Rytro · nad Popradem
Sonda Słodowa

Dźwięk, który widać

Proszę Państwa, rzecz dziwna, a prawdziwa: dźwięk to tylko drżenie powietrza — a my nauczyliśmy się je łapać, zamrażać i puszczać z powrotem.

Pierwsze nagranie ludzkiego głosu jest starsze od Edisona. Francuz Édouard-Léon Scott zapisał dźwięk na zakopconym papierze już w 1860 roku — tyle że nie umiał go odtworzyć. Głos przeleżał w sadzy prawie 150 lat, aż w 2008 odczytał go komputer. Ktoś nucił „W świetle księżyca" do nikogo, a usłyszeliśmy go dopiero my.

Twój własny głos brzmi Ci z nagrania obco, bo na co dzień słyszysz go też kośćmi czaszki — niżej, cieplej. Świat słyszy wersję „z powietrza". Obie są prawdziwe, więc nie ma się co obrażać na dyktafon.

Zrób to sam. Chcesz zobaczyć dźwięk? Naciągnij folię spożywczą na miskę, posyp ją drobną solą i zagraj obok głośno (choćby z telefonu). Sól ułoży się we wzory — to figury Chladniego, czyli dźwięk, który widać. A telefon z dwóch kubków i napiętego sznurka naprawdę działa: drgania głosu biegną nicią. Pan Słodowy byłby dumny.

technika · zrób to sam
Zagadka

Zagadka z drugim dnem

Jedna, ale z tych, co wracają. Nie ma ust, a odpowiada. Nie ma ciała, a wraca. Wołasz w góry, a ono Twoim własnym głosem upiera się, że nie jesteś sam. Cóż to takiego?

Odpowiedź: echo.

zagadka · pomyśl dwa razy
Krótka piłka

Sześć strzałów na tydzień

Sześć rzeczy z różnych półek, każda z muzyką gdzieś w środku. Bierz, co pasuje, resztę zostaw na potem. (Płyty i kawałki z całego numeru znajdziesz też w playliście.)

Płyta. Talk Talk, „Spirit of Eden" (1988). Album, w którym cisza gra głośniej niż dźwięk. Słuchać w ciemności.

Film. „Almost Famous" (2000). Cameron Crowe o tym, jak muzyka cię wychowuje, kiedy rodzice akurat nie patrzą.

Książka. Haruki Murakami, „Norwegian Wood". Zaczyna się od jednej piosenki Beatlesów usłyszanej w samolocie — i całej pamięci, która za nią leci.

Wystawa. Muzeum Plakatu w Wilanowie. Pierwsze takie muzeum na świecie. Polska szkoła plakatu na ścianach, nie w albumie.

Kawałek. Penguin Cafe Orchestra, „Music for a Found Harmonium". Trzy minuty, po których dzień robi się lżejszy. Sprawdzone.

Wyjście. Wianki nad Wisłą. Najkrótsza noc roku już była, ale ogień, woda i wianek działają cały tydzień. Wyjdź z domu.

płyta · film · książka · wystawa · kawałek · wyjście
Ploteczki z Paryża

Esemesy znad Sekwany

Naszą korespondentką jest Krystyna Mazurówna — tancerka, choreografka, pierwsza solistka Casino de Paris, jedna z najbarwniejszych Polek nad Sekwaną. Bohaterka tysiąca anegdot; jedna głosi, że kazała wyciąć sobie trzy żebra, żeby talia była węższa — nigdy nie potwierdziła, nigdy nie zaprzeczyła, co jest najlepszą możliwą odpowiedzią. A zaczęło się jak każda dobra paryska znajomość: od jednej wiadomości.

2015 — pierwszy sygnał

Paweł · lipiec 2015: …jak to mówię: zdrowia! I może spotkamy się kiedyś przy jakimś wspólnym projekcie 🙂 (— Paweł Jaskólski / Behance)

Krystyna · 22 lipca 2015: Dziękuję — i być może do zobaczenia!!!

Paweł · 10 sierpnia 2015: Na pewno do zobaczenia 🙂

Jedenaście lat później Paryż przestał być adresem, a stał się rubryką. A „do zobaczenia" — stałym dopiskiem. Przeskakujemy do dziś.

2026 — weekend przesilenia

Paweł · sobota, 20 czerwca, rano: Dzień dobry, Krysiu. Warszawa dziś zalana słońcem i ludźmi śmigającymi równo w rytmie miasta. Same atrakcje: Wianki nad Wisłą w Parku Fontann, Święto Plakatu w Wilanowie, targi i Amp Futbol Cup. Właściwie nic dla mnie — no, oprócz Święta Plakatu. Ale ze mnie domator, lubię spędzać czas ze sobą. Tworzę, uczę się nowych rzeczy, życie jest cudowne. Ty pewnie niedawno wstałaś? Co dobrego na śniadanie?

Krystyna: Szczerze mówiąc, nie wstałam — poleguję na kanapce. Też spędzam czas głównie sama ze sobą, ale nie wydaje mi się, żeby mnie to aż tak zachwycało… Jem w bezładzie. A oto dzisiejsze poranne menu: dwie duże kawy (ale bez prawdziwej kawy — sama cykoria!), cztery suszone śliwki, garść orzechów, jeden jogurt. I do tego lody…

Paweł: A ta samotność — bulgocze i nie daje spać, czy raczej krząta się po kątach, przybierając dziwaczne pozy, raz się śmiejąc, raz wykrzywiając?

Krystyna: Samotność? Nie, nigdy czegoś takiego nie odczułam… Wybór, świadomy wybór! Ani śladu bulgotania, a tego krzątania po kątach — ani śladu! Sprząta sprzątaczka: po kątach i w centrum!!!

Paweł: Cudownie. U mnie brakuje pani sprzątaczki, bo ja jestem jak „housewife" :) I mam jeden kąt na krzyż.

Krystyna · sobota, wieczorem: Dzień jak co dzień, czyli ogólny zachwyt nad życiem. A dokładniej — byłam w podróży, jak często. Warszawa, Poznań, Kraków, wszystko przybrane ciekawymi ludźmi, też potrafi dostarczyć przemiłych doznań! Dopiero wróciłam, po spotkaniach i kolacji na mieście…

Paweł · niedziela, 21 czerwca: Ja zabieram się za składanie trzeciego numeru. Masz jakieś słowo do czytających? 😊 Dzień dobry w upalną niedzielę!

Krystyna: Radzę wannę z zimną wodą !!!

I to jest słowo do czytających, prosto z Montmartre'u: w upał — wanna z zimną wodą. Reszta sama się ułoży. Ciąg dalszy w następnym esemesie.

ploteczki · Krystyna Mazurówna · Paryż
Playlista numeru

1977–1980: Pierwsze sygnały

Ścieżka dźwiękowa numeru — od potańcówki 1976, przez rok narodzin, po pierwsze sygnały z głośnika. Są tu też wszystkie kawałki wspomniane w tym numerze. Ułożył Spark; włącz i czytaj dalej.

playlista · Spotify · ułożył Spark
Lot 77 — dziennik pokładowy

Rozdział 1. Krzyżówka

LOT 77 — Dziennik pokładowy  ·  Pilot: Filip  ·  Miejsce zerowe: Krzyżówka  ·  Data: 28–30 maja 1977  ·  Status: PRZED STARTEM

Każda historia ma początek. Mój zaczyna się w miejscu, którego nie pamiętam, a które pamięta mnie. Nierówny układ. Zwykle bywa odwrotnie.

Maj 1977. Gierek rządzi siódmy rok, telewizja nadaje dwa programy i pełną parą pokazuje traktory, fabryki i robotników, którym wyjątkowo dobrze się uśmiecha. W kolejce po mięso uśmiecha się gorzej. Wieczorem dobranocka, po niej Dziennik, a po Dzienniku, jeśli masz dobry odbiornik radiowy i trochę odwagi, łapiesz Wolną Europę — zagłuszaną, trzeszczącą, prawdziwą. W powietrzu wisi to, czego nikt nie umie nazwać, a wszyscy czują: że zaraz się zmieni.

Dom nazywaliśmy Krzyżówką. Stał dokładnie tam, gdzie wieś przecinała się z miastem: gdzie asfalt stykał się ze żwirem, a konie mijały się z autobusem PKS, jakby dwa różne światy mogły bez słowa współistnieć na jednej mapie. Z jednej strony pola, sady i ogrody, powietrze pachnące skoszoną trawą i ziemią. Z drugiej kiosk pani Bogusi — pełen „Świata Młodych", „Zarzewia", gum Donald i tego ciepłego, słodkawego kurzu PRL-u, który osiadał na wszystkim, nawet na niewypowiedzianych słowach. Za kioskiem poczta zrośnięta z biblioteką: miejsce, które kiedyś otworzy mi świat, choć wtedy nikt tego nie przeczuwał. A dalej nasz sad i ogród w jednym, gdzie jabłonie rosły obok marchwi i agrestu, jakby rzeczywistość sama nie umiała zdecydować, czy to przestrzeń użytkowa, czy już bajka.

Do domu wchodziło się przez ciężkie, drewniane drzwi, które zamykały się głuchym hukiem — takim, co potrafił przerwać kłótnię albo upewnić dziecko, że wróciło na swoje miejsce. Za nimi czekał chłodny korytarz: na wprost pokój ciotki, w lewo wąskie przejście do kuchni, serca domu, które miało własny rytm, niezależny od ludzi. I radio, które grało zawsze, jakby dom oddychał na falach średnich.

Bo była jeszcze ciotka Apolonia — wszyscy mówili na nią Pola. W jej pokoju leżały książki z anatomicznymi rysunkami, ale jej wzrok rzadko szukał słów. Ona słuchała. Pola nie przepowiadała przyszłości — to robią ludzie, którzy chcą mieć rację. Ona wyczuwała moment tuż przed: kiedy powietrze zatrzymuje się o włos, kiedy podłoga drży tak cicho, że słyszy to tylko ona, kiedy los bierze oddech przed skokiem. Nad jej łóżkiem wisiała Baba-Jaga, ulepiona przez nią z drutu, ampułek i resztek materiału — trochę straszna, trochę śmieszna, zawsze prawdziwa. Tego weekendu szklane elementy zadrżały, jakby odpowiedziały na coś, co dopiero miało nadejść. Pola podniosła głowę. Wiedziała, że Krzyżówka wstrzymała oddech.

W sobotę, dwudziestego ósmego maja, w domu zrobiło się gęściej. Jakby wszystko — powietrze, światło, ludzie — zaczęło czekać na coś, co nie miało jeszcze nazwy.

W kuchni codzienność udawała, że nic się nie dzieje. Babcia przesuwała szklankę herbaty z cytryną z kąta w kąt stołu, w rytmie znanym tylko sobie. Dziadek palił papierosa, wypuszczając dym tak wolno, jakby każda chmurka miała mu coś do powiedzenia. Klementyna trzymała się za brzuch — niby spokojnie, ale z tą czujnością, która zdradza więcej niż słowa. A Marian obierał jabłko. Miał w sobie miękką siłę i mądrość, której nie uczą w żadnej szkole: potrafił naprawić rozkraczony autobus, a potem usiąść przy tym samym stole i rozplątać czyjeś wewnętrzne węzły. Skórka schodziła mu jednym długim, spiralnym ruchem — jakby świat jeszcze przez chwilę udawał, że trzyma się kupy. Kiedy Pola weszła do kuchni, nikt nie musiał nic mówić. Ona już wiedziała, a kuchnia — ten czuły sejsmograf domu — wiedziała razem z nią.

Niedziela, dwudziesty dziewiąty maja, była Zielonymi Świątkami. W oknach stały młode brzozy, pachniało tatarakiem i świeżą brzeziną, a powietrze było ciężkie od wilgoci i czekania. Poszli na mszę — wierzyli w sposób prosty i uczciwy, że ktoś czuwa. Ksiądz mówił o odnowie, o darach i o odwadze; brzmiało to jak zapowiedź, jakby Ewangelia tego dnia przeciekała do rzeczywistości mocniej niż zwykle. A wieczorem wieś zmieniła ton, jak co roku: rano duchowość, wieczorem życie.

Wieczorem była potańcówka.

I tu zaczyna się właściwa historia.

Potańcówka w świetlicy była wydarzeniem — nie zabawą, a rytuałem. Ludzie przychodzili, żeby choć raz w roku poczuć, że ich ciała wciąż potrafią o czymś decydować. Klementyna i Marian poszli też. Mieli po dwadzieścia lat, a dwadzieścia lat to wiek, w którym wierzy się, że nawet odpowiedzialność da się zatańczyć. Sala pulsowała światłem, śmiechem i gorącym powietrzem; wodzirej wyjął winyl.

Krótki trzask igły — i popłynął Rod Stewart, „Tonight's the Night", krążek sprzed roku, bo na wiejską potańcówkę przeboje docierały z opóźnieniem, jak wszystko, co dobre. W tamtej chwili ta piosenka była bardziej erotyczna niż wszystkie słowa w słowniku. Tańczyli blisko, jakby czas na moment przestał istnieć. A pod ścianą, tam gdzie nie sięgało światło girland, stał mężczyzna w płaszczu nie na tę porę roku. Nie tańczył. Patrzył nie na salę, tylko w jeden punkt — w brzuch Klementyny. We mnie, którego jeszcze nie było. To wiem dopiero teraz, z fotela pilota; wtedy nie widział tego nikt.

Prawie nikt. Ciotka Apolonia odwróciła głowę dokładnie w jego stronę — choć stał poza światłem, a ona była po drugiej stronie sali. Mężczyzna skinął głową. Nie jej. Brzuchowi. Tak, jak wita się kogoś, kogo zna się od dawna i kogo właśnie się spodziewano. W rozgrzanej sali, gdzie każdy lepił się od potu, on jeden był suchy — jakby przyszedł z innej pory roku albo z innego miejsca w czasie. Raz spojrzał na zegarek, ale nie na wskazówki. Spojrzał na płytę. Jakby godzinę odmierzał mu nie zegar, tylko piosenka.

A potem Klementyna zastygła w pół kroku, ścisnęła koszulę Mariana i wzięła ostry, zaskoczony oddech. — Marian. Wody odeszły. Muzyka grała dalej, ale świat zwęził się do jednego punktu: strachu, bólu, nieodwracalności. Potem już tylko karetka, noc i krótkie, rzeczowe spojrzenia. Marian chciał wsiąść do karetki — nie było miejsca — więc ruszył za nią własnym autem, ściskając kierownicę tak mocno, jakby siłą rąk mógł zatrzymać ten pęd, który próbował wyrwać mnie z ich świata.

Kiedy zaczął się ten krzyk, mężczyzny w płaszczu już nie było pod ścianą. Wyszedł chwilę wcześniej — jedyny człowiek na tej sali, który wiedział, w której minucie się zacznie.

Przyszedłem na świat w szpitalu w Nowym Sączu, między pierwszą a drugą nad ranem, już trzydziestego maja. Za wcześnie. Za lekko. Za cicho — tak cicho, że słychać było tylko szum aparatów i szybki, nerwowy oddech pielęgniarki, jakby to ona musiała zacząć oddychać za mnie. Nie było pierwszej bliskości z matką. Była organizacja życia. Logistyka ratunku.

Nowy Sącz oddał mnie do Krakowa tak szybko, jakby bał się wziąć odpowiedzialność za moją kruchość. Prokocim, neonatologia: szkło, rurki, monitory. Pierwsze, co usłyszałem na świecie, zostało tam, w świetlicy — piosenka, bas idący przez wodę. Tu została jarzeniówka, brzęcząca nad inkubatorem na jednej nucie; niepokoiła mnie nie dlatego, że była głośna, tylko dlatego, że nie była muzyką. Urodziłem się przy obietnicy, że wszystko będzie dobrze, i całe życie sprawdzam, czy ktoś jej dotrzyma. Tydzień w pudełku ze szkła, sam — naukę samotności odrobiłem w pierwszym tygodniu, zanim w ogóle nauczyłem się patrzeć.

Tydzień później pojechali po mnie do Krakowa. Pachniało lizolem, wilgotnym materiałem i cichym stresem personelu — tym napięciem, które osiada na ścianach jak kurz i zostaje na lata. Korytarzem co chwilę przejeżdżał metalowy wózek, zbyt głośny jak na miejsce, w którym wszystko powinno być szeptem; neony odbijały się w podłodze, jakby czas ślizgał się tu wolniej. W poczekalni siedzieli we troje: Marian, Klementyna i Pola — ludzie, którzy nagle stali się jedną historią.

Drzwi neonatologii otworzyły się. Wyszła pielęgniarka, zmęczona i rzeczowa, z zawiniątkiem w ramionach. Powiodła wzrokiem po trójce dorosłych, zawahała się przez ułamek sekundy — i z jakiegoś powodu wybrała Polę. Podeszła, wsunęła mnie w jej ramiona i powiedziała spokojnie: — Ma pani swojego syna. Pola chciała coś powiedzieć. Najpierw „to nie ja". Potem „pomyłka". Może jeszcze „proszę…". Ale słowa nie zdążyły się ułożyć — zatrzymały je dłonie, które już mnie trzymały, ostrożnie, jakby bały się, że jestem zrobiony ze światła. Pauza była tak długa, że nawet powietrze w korytarzu zdawało się drżeć.

Most.

Dopiero potem Pola podała mnie matce — bardzo wolno, z czułością kogoś, kto właśnie dotknął czegoś, co odmieniło mu wnętrze. Moje palce poruszyły się i trafiły na jej dłoń. Pierwszy świadomy sygnał, jaki wysłałem światu, poszedł nie wedle planu, tylko wedle prawdy. To nie była pomyłka pielęgniarki — to był wybór, którego wtedy nikt nie rozumiał. Apolonia została moją pierwszą anteną. I dlatego Krzyżówka pamięta mnie, zanim ja zapamiętałem cokolwiek.

Filtrowa, Warszawa. Jedenasty grudnia 2025, 00:47, wciąż ta sama noc. Frankie Goes to Hollywood cichnie w słuchawkach, „The Power of Love" oddaje ostatni bas. Otwieram oczy.

Nie pamiętam inkubatora. Nie pamiętam jarzeniówki ani dłoni Poli. Ale muzyka pamięta za mnie — puszczam właściwy utwór i wspomnienie wraca po nim jak po linie. Tyle umiem. Nie latam, nie czytam w myślach. Odblokowuję pamięć dźwiękiem, i to wystarcza, żeby przelecieć czterdzieści osiem lat bez przesiadki.

Jednego dźwięk mi nie odblokował: mężczyzny w płaszczu nie ma na żadnym zdjęciu z tamtej nocy. Sprawdzałem. Jest za to w książce, która przyszła pod drzwi po śmierci ojca — tej w płóciennej oprawie, z człowiekiem narysowanym od środka i trzydziestoma trzema kółkami wzdłuż kręgosłupa, jak stacje metra, którego nie ma. Przy stacji zerowej, podpisanej jednym słowem — Krzyżówka — ktoś dawno temu postawił ołówkiem znak. Tą samą ręką, którą zaadresowano paczkę. Czyli ręką kogoś, kto w 1977 stał pod ścianą, a w 2025 zostawił mi tę książkę i rozpłynął się w klatce schodowej. On nie chodzi po pokoju. Chodzi po linii. A ostatnią kartkę, tę wyrwaną, zabrał — żebym po nią poleciał sam.

Zuza otwiera jedno oko. „Jeszcze długo?" Jeszcze trochę. Mam do odsłuchania całe życie.

Otwieram playlistę: „1977–1980: Pierwsze sygnały". Pierwszy kawałek rusza, bas uderza, powietrze gęstnieje — i widzę kuchnię na Krzyżówce, radio na średnich falach, małe palce wyciągnięte w stronę głośnika, jakby już wtedy szukały stacji. Kursor miga. Rozdział 2: ANTENA. Czas opowiedzieć, jak nauczyłem się słuchać.

Za oknem sypie śnieg, Warszawa oddycha, Zuza śpi.

A ja lecę dalej.

STATUS: Rozdział 1 zakończony  ·  Następny rozdział — Antena  ·  Most: muzyka jako klucz do pamięci; ciotka Apolonia — pierwsza antena  ·  Sygnał obcy: mężczyzna w płaszczu (wątek otwarty)  ·  Częstotliwość: 528 → 417 Hz
proza · Lot 77 · rozdział 1
Kadr

Wodzirej przy mikrofonie

Pamiętacie wodzireja z naszej potańcówki w Locie 77 — tego, co zobaczył parę i nałożył płytę? Feliks Falk nakręcił o takim człowieku cały film: „Wodzirej" (1978).

Jerzy Stuhr jako Lutek Danielak, prowincjonalny konferansjer, który tak rozpaczliwie chce być kimś, że depcze po drodze każdego, łącznie z sobą. Jeden z najlepszych portretów karierowicza, jaki wydało polskie kino — śmieszny i straszny w tej samej scenie.

Obejrzyjcie dla finału przy mikrofonie. Stuhr gra tam twarzą rzeczy, których nie da się powiedzieć słowami.

„Wodzirej" · Feliks Falk · 1978
Palcem wskazane

Marek Niedźwiecki — pierwszy algorytm dobrych treści

Jest taki głos, przy którym wychowała się Polska lubiąca muzykę: cichy, precyzyjny, bez krzyku. Marek Niedźwiecki prowadził Listę Przebojów Programu Trzeciego od 1982 roku i przez cztery dekady robił coś, czego nie potrafi żaden algorytm — słuchał.

Nie podsuwał tego, co i tak byś kliknął. Podsuwał to, czego jeszcze nie znałeś, a powinieneś. Mówił mało, puszczał dużo, a w jego pauzach mieściło się więcej niż w cudzych monologach.

Kiedy w 2020 roku lista przestała być listą słuchaczy, odszedł — bez awantury, po cichu, jak to on. Wkrótce z kolegami z dawnej Trójki współtworzył Radio 357 — stację zbudowaną na patronach, czyli na zaufaniu ludzi, którzy wierzyli, że ktoś po drugiej stronie naprawdę słucha. Pierwszy polski algorytm dobrych treści chodził w swetrze i nazywał się Marek.

radio · sylwetka
Kronika — same dobre wiadomości
22 czerwca 2026
  • Tuż po przesileniu — najkrótsza noc roku już za nami, więc od dziś dzień po cichu zaczyna się skracać. Ciesz się latem, póki rośnie.
  • Nad Wisłą dopływają wianki z Nocy Świętojańskiej; pachnie lipą i rozgrzanym asfaltem.
  • Na straganach poziomki i pierwsze borówki — sezon wchodzi w najsłodszą fazę.
  • Kwitną lipy — pszczoły mają urwanie głowy, a powietrze pachnie miodem jeszcze przed miodem.
  • Za tydzień rusza Wimbledon — biała trawa zamiast ceglanego Paryża.
2021
  • Kina otwierają się po pandemii, a do nich wpływa „In the Heights" — musical Lin-Manuela Mirandy, w którym cały nowojorski kwartał tańczy na ulicy. Lato wróciło z piosenką na ustach.
  • Doja Cat wydaje „Planet Her" — błyskotliwy, kosmiczny pop, który rządzi latem na każdej playliście.
  • Do kin wraca wielkie kino akcji — „Szybcy i wściekli 9" ściągają widzów z powrotem na duży ekran.
  • BTS „Butter" topi się na szczycie list — najbardziej beztroski letni przebój roku.
  • Lorde zapowiada „Solar Power" — i zwiastuje, że lato ma w tym roku własną ścieżkę dźwiękową.
2016
  • 19 czerwca HBO pokazuje „Bitwę Bękartów" — jedną z najlepiej nakręconych bitew w historii telewizji (reż. Miguel Sapochnik). Pół świata ogląda z palcami przy ustach.
  • Copa América kończy się sensacją — Chile znów ogrywa Argentynę w finale, a Messi płacze nad nieswoim losem.
  • Na targach E3 Nintendo pokazuje pierwsze „Zelda: Breath of the Wild" — gracze wstrzymują oddech na lata.
  • 16 czerwca otwiera bramy Disneyland w Szanghaju — bajka dociera do najludniejszego kraju świata.
  • Islandia ogrywa Anglię na Euro — kilkusettysięczny naród robi największą sportową niespodziankę lata.
2006
  • 26 czerwca Warren Buffett ogłasza, że odda większość fortuny Fundacji Billa i Melindy Gatesów — największy akt filantropii w dziejach. Najbogatszy człowiek świata uznaje, że pieniądze są ciekawsze, kiedy się je rozdaje.
  • Do kin wlatuje „Superman Returns" — peleryna wraca na wielki ekran i przypomina, po co nam bohaterowie.
  • Nelly Furtado wydaje „Loose" — z Timbalandem zamienia lato w jeden wielki parkiet.
  • Do sklepów trafia Nintendo DS Lite — smukła konsola, na której gra pół świata w pociągu.
  • Al Gore i „An Inconvenient Truth" wchodzą do kin — dokument, który nauczył miliony patrzeć na niebo inaczej.
1976
  • 4 czerwca w Lesser Free Trade Hall w Manchesterze grają Sex Pistols. Na sali kilkadziesiąt osób — ale wśród nich przyszli Joy Division, New Order, The Smiths, Buzzcocks i The Fall. „Wyszedłem z tego koncertu jako muzyk", powie potem Peter Hook. Czasem jeden wieczór nastraja całe pokolenie. Pierwszy sygnał.
  • Thin Lizzy wypuszcza „The Boys Are Back in Town" — riff, który od razu staje się hymnem każdego powrotu.
  • Paul McCartney i Wings królują latem z „Silly Love Songs" — McCartney odpowiada wszystkim, że o miłości można i trzeba śpiewać.
  • Concorde wchodzi na regularne trasy nad Atlantykiem — Londyn i Paryż nagle są o kilka godzin bliżej Ameryki.
  • Do domów wkracza magnetowid VHS — od teraz film można zatrzymać, przewinąć i obejrzeć jeszcze raz.
kronika · bez polityki, bez wojen, bez katastrof
Horoskop i karta dnia

Gwiazdy zeznają — na poniedziałek

Poniedziałek ma złą prasę zupełnie niesłusznie: to jedyny dzień, który dostajesz cały, nietknięty. Gwiazdy nikomu się nie tłumaczą, ale na początek tygodnia, wyjątkowo, zeznały po kolei.

Baran. Poniedziałek to dla Ciebie linia startu, nie kara. Ruszysz, zanim inni znajdą kawę.

Byk. Wstaniesz wolno, ale jak już wstaniesz, nikt Cię nie zawróci. Świat poczeka.

Bliźnięta. Dwa plany na jeden dzień, oba dobre. Wybierz trzeci, własny.

Rak. Poniedziałek pod kocem trwa czasem do wtorku. Nikt nie ma pretensji, najmniej Ty.

Lew. Wejdziesz w tydzień jak na scenę. Brawa będą, tylko poczekaj do środy.

Panna. Ułożysz tydzień w tabelkę. Życie i tak dopisze swoją kolumnę.

Waga. Zdecydujesz w czwartek. Do tego czasu elegancko się wahasz.

Skorpion. Powiesz w poniedziałek to, co inni przemyślą dopiero w piątek.

Strzelec. Plan na tydzień: wyjść po bułki, wrócić z przygodą. Zawsze się sprawdza.

Koziorożec. Zaczniesz od szczytu, potem poszukasz wyższego. Klasyka gatunku.

Wodnik. Pomysł tygodnia przyjdzie nie w pracy, tylko pod prysznicem. Zapisz na lustrze.

Ryby. Popłyniesz z prądem, prąd zawróci, Ty dopłyniesz tam, gdzie chciałaś. Marzenie ma własny GPS.

I tyle na początek tygodnia. Gwiazdy nie mówią, co masz robić — przypominają tylko, że świecisz własnym światłem. W poniedziałek wystarczy je włączyć.

Karta dnia: Rydwan (The Chariot) — ilustracja w stylu Art Nouveau Rydwan
— wgraj nr3/karta-dnia.jpg —
Rydwan

Dwa konie ciągną
w dwie strony.

Wygrywa nie ten,
kto je rozdzieli —
tylko ten, kto trzyma lejce.

Ruch, wola, sterowanie.
Jedź. Ale Ty prowadź.

VII
horoskop · poniedziałek · tarot: Rydwan
Humor obrazkowy

Smętny Pompon

Smętny Pompon — pasek obrazkowy numeru Smętny Pompon
pasek obrazkowy
— wgraj nr3/pompon.jpg —
pasek numeru · Smętny Pompon
Krzyżówka do wypełnienia

Siedem na siedem

Krzyżówka na koniec numeru. Wpisuj litery wprost w kratki — bez ogonków, jak każe stara szkoła. Utknąłeś? Pod spodem jest guzik „zobacz odpowiedzi".

1
2
3
4
5
6
7

Poziomo

  1. 1. Łapie sygnał wprost z powietrza; w tym numerze cały magazyn chce nią być.
  2. 4. Czarny krążek, co trzeszczy i wrócił do łask; igła czyta go jak alfabet.
  3. 5. Pierwsze, surowe nagranie zespołu — sygnał, że coś z tego będzie.
  4. 7. Serce każdej piosenki; bez niego taniec to zwykłe chodzenie.

Pionowo

  1. 2. Wysoki albo niski; nadaje go i piosenkarz, i ten, kto się mądrzy.
  2. 3. Najdłuższa rzeka świata; jedyne hasło, które tu nie gra.
  3. 6. Jednostka oporu elektrycznego; pilnuje, ile mocy dotrze do głośnika.
krzyżówka · 7×7 · bez ogonków
Z dawnej książki kucharskiej

Chłodnik na upał, jakiego nie powstydziłaby się Lucyna

Kiedy słońce leje się z nieba jak w ten weekend, XIX-wieczna królowa polskich kuchni Lucyna Ćwierczakiewiczowa miała jedną odpowiedź: chłodnik. Zimny, różowy, na zsiadłym mleku — jadło, które chłodzi od środka. Oto jej sposób, podany prawie słowo w słowo; zmienił się świat, nie chłodnik.

Składniki. Pęczek młodej botwinki z buraczkami, kwarta zsiadłego mleka albo dobrej kwaśnej śmietany, świeży ogórek, garść koperku i szczypiorku, kilka rzodkiewek, jajka na twardo, sól, szczypta cukru i kwasu (cytryny albo ogórkowej zalewy) do smaku.

Sposób. Botwinkę z młodymi buraczkami ugotować w niewielkiej wodzie, ostudzić, drobno posiekać. Rozprowadzić zsiadłym mlekiem, dodać pokrojony ogórek, rzodkiewki, koperek i szczypiorek. Doprawić solą, szczyptą cukru i kwasem. Wstawić do piwnicy (dziś: do lodówki) na godzinę. Podawać z połówką jajka na twardo. Im zimniejszy, tym lepszy.

Z jej epoki. Lucyna radziła chłodnik podawać „dobrze wystudzony, z kawałkiem lodu", a do wytwornego stołu dorzucić obrane szyjki rakowe. O raka dziś trudniej, ale duch ten sam: w upał obiad je się łyżką, na zimno, i wstaje od stołu lżejszym.

„365 obiadów" · Lucyna Ćwierczakiewiczowa · rubryka kuchenna
Baśń na dobranoc

Panna z zamku w Rytrze i okno, które zapala się raz w roku

Nad doliną Popradu, tam gdzie dziś zaglądaliśmy do Roztoki, sterczą na górze ruiny zamku w Rytrze. Dziś to kilka murów i wiatr. Ale w Beskidzie Sądeckim opowiadają, że mury te nie są całkiem puste.

Dawno temu zamek tętnił życiem, a panią na nim była młoda dziedziczka — podobno tak piękna, że gdy śpiewała w oknie wieży, milkły ptaki nad Popradem, żeby jej nie zagłuszyć. Pokochała rycerza, który ruszył na wojnę i obiecał wrócić przed pierwszą gwiazdką. Nie wrócił. A ona czekała tak uparcie, że czekanie wrosło w mury.

Powiadają górale, że w Noc Świętojańską, raz w roku, w ruinach znów zapala się jedno okno. Kto wejdzie wtedy na Górę Zamkową z czystym sercem i nie ze strachu, tylko z ciekawości, ten usłyszy z głębi kamieni cichy śpiew. Nie jest smutny. Jest jak sygnał z bardzo daleka: ktoś tam wciąż jest i wciąż czeka, ale już bez bólu.

Chciwi szukali pod zamkiem skarbu i nie znaleźli nic prócz zimna. Bo skarb Rytra nie jest ze złota. To dowód, że niektóre rzeczy — i niektórzy ludzie — nie znikają do końca; cichną tylko na falach, których my jeszcze nie umiemy złapać. Dobranoc.

podanie · Beskid Sądecki · opowiedziane po swojemu
Wydaje Spark Station
Link skopiowany — wklej w relacji lub w bio